chania

Na Kretę polecieliśmy pod koniec października. Trochę niepewnie, bo pogoda o tej porze roku może być różna. Nam się udało i przywitało nas słońce i 24 stopnie. Jedynie w przedostatni dzień naszego pobytu lał deszcz od rana do popołudnia. Byliśmy już wtedy wymęczeni po kilku dniach zwiedzania i fajnie było obserwować największą nawałnicę deszczową jaką kiedykolwiek widzieliśmy. W zasadzie ciężko było cokolwiek zobaczyć przez okno, bo woda lała się jak z cebra, a dźwięk uderzających strug deszczu o parapet był inny niż do tej pory słyszeliśmy 😉 Zatrzymaliśmy się w Chanii, w drugim co do wielkości mieście na Krecie. Przyciągnęła nas piękna zabudowa, którą rozpoczęli budować Wenecjanie w XIII wieku. Najsłynniejszy i najbardziej oblegany przez turystów jest port z latarnią morską, wzdłuż którego rozciągają się klimatyczne kamieniczki z restauracjami i dawny meczet.

Rethymno

Pojechaliśmy do miasta Rethymno głównie po to, żeby zobaczyć twierdzę wenecką. To był nasz ważny punkt, który koniecznie chcieliśmy zwiedzić. Nie zawiedliśmy się, bo wszystko, co zobaczyliśmy zapierało dech w piersiach, albo robiło wrażenie swoją historią. Z jednej strony twierdzy widać całe miasto, a z drugiej bezkres morza. Do tego można wejść do meczetu sułtana Ibrachima Chana, kaplicy chrześcijańskiej, muzeum archeologicznego czy galerii malarskiej. W muzeum znajdują się eksponaty pochodzące z różnych epok np. sarkofagi, ceramika, biżuteria (z czasów kultury minojskiej), posążki mykeńskie i monety.
Po zobaczeniu całej twierdzy spacerowaliśmy jeszcze uliczkami miasta odkrywając ciekawe sklepy, klimatyczne knajpki i promenadę wysłaną palmami.

Balos i Gramvousa

Na lagunę Balos i wyspę Gramvousa wypłynęliśmy z portu w Kissamos, które jest położone na północno-zachodnim końcu wyspy. Na początku dopłynęliśmy na wyspę Gramvousa. Zobaczyliśmy krystalicznie czystą wodę w odcieniu zieleni i błękitu, wrak statku i ruiny twierdzy położone bardzo wysoko na wzgórzu. Niestety nie udało nam się wejść na samą górę do twierdzy. Moje buty były u kresu wytrzymałości przez kamienistą drogę i dalsza wspinaczka zakończyłaby ich żywot doszczętnie. Mimo to doszliśmy aż do połowy wysokości i widoki były zachwycające. Kiedy dopłynęliśmy na sąsiednią lagunę Balos słońce schowało się trochę za chmurami i woda nie przybierała już tak intensywnych odcieni błękitu. Główną atrakcją tego miejsca są duże powierzchnie bardzo ciepłej płycizny sięgającej ledwo do kolan i widok na lagunę ze wzgórza. Aby zobaczyć ten widok trzeba się sporo namęczyć. Nam wystarczyło wejść do połowy wysokości wzgórza, a widoki i tak były piękne 🙂

Wycieczka na Balos i Gramvousa